Są takie momenty w życiu autora, kiedy człowiek patrzy na tabelkę z kosztami, potem na pudełka z książkami, potem znowu na tabelkę i zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie pomylił marzenia o pisaniu z bardzo drogim hobby.
Bo targi książki brzmią pięknie.
Stoisko. Czytelnicy. Rozmowy. Książki ułożone równo na stole. Zakładki, naklejki, roll-up, uśmiech autora, który udaje, że nie stresuje się każdym mijającym go człowiekiem. W głowie pojawia się obraz kolejki po autografy, czytelników zachwyconych opisem, ludzi wracających po drugi egzemplarz dla znajomego i tego cudownego momentu, kiedy po wszystkim siadasz, liczysz sprzedaż i myślisz: „No dobra. Było warto”.
A potem przychodzi rzeczywistość.
Koszt stoiska. Dojazd. Nocleg. Jedzenie. Druk materiałów promocyjnych. Dodatkowe egzemplarze książek. Czas poświęcony na przygotowania. Stres. Zmęczenie. Czasem także pogoda, która robi wszystko, żeby ludzie zostali w domach, albo inne wydarzenia w mieście, które odciągają potencjalnych odwiedzających.
I nagle okazuje się, że sprzedaż była… delikatnie mówiąc… daleka od marzeń.
Nie katastrofalna. Nie tragiczna. Po prostu taka, po której nie otwierasz szampana, tylko raczej kalkulator.
Czy targi książki zawsze się zwracają finansowo?
Nie.
I myślę, że warto powiedzieć to głośno, szczególnie z perspektywy autora, który sam wydaje swoje książki i bardzo dobrze wie, że każda złotówka ma znaczenie.
Targi książki potrafią być cudowne, ale potrafią też być finansowo bolesne. Zwłaszcza dla małych wydawców, self-publisherów i autorów, którzy nie stoją za ogromnym logotypem rozpoznawalnego wydawnictwa. Czytelnik często przechodzi obok nieznanego nazwiska, zerka, uśmiecha się, czasem zatrzyma, czasem nie. Nie dlatego, że książka jest zła. Po prostu w takim miejscu bodźców jest mnóstwo, a decyzja o zakupie książki od autora, którego ktoś jeszcze nie zna, wymaga chwili zaufania.
A zaufanie nie zawsze rodzi się w pięć sekund pomiędzy jednym stoiskiem a drugim.
Dlatego czasem po całym weekendzie człowiek wraca do domu zmęczony, z obolałymi nogami, z głową pełną rozmów i z wynikiem sprzedażowym, który nie pokrywa wszystkich kosztów. Można wtedy usiąść i powiedzieć: „To nie miało sensu”.
Tylko czy na pewno?
Bo targi książki to nie tylko kasa.
Oczywiście, pieniądze są ważne. Nie będę udawał, że autor żywi się wyłącznie weną, kawą i miłymi komentarzami na Instagramie. Druk kosztuje. Promocja kosztuje. Stoiska kosztują. Dojazdy kosztują. Czas też kosztuje, choć często najłatwiej o nim zapomnieć.
Ale jeśli jedyną miarą wartości targów jest to, ile książek sprzedało się przez dwa dni, to można bardzo łatwo przegapić rzeczy, które mają znacznie dłuższy termin ważności niż paragon.
Bo na targach poznaje się ludzi.
Czasem są to czytelnicy, którzy kupią książkę dopiero za tydzień, miesiąc albo pół roku, bo najpierw muszą cię zapamiętać, sprawdzić, kim jesteś, wejść na profil, przeczytać fragment, wrócić do twojej twórczości w spokojniejszym momencie. Czasem są to rodzice, którzy nie kupią książki od razu, ale opowiedzą o niej komuś innemu. Czasem są to dzieciaki, które tylko chwilę potrzymają książkę w dłoni, ale zapamiętają, że spotkały autora, który mówił do nich normalnie, z pasją i uśmiechem.
Czasem są to inni twórcy.
I to jest coś, czego nie da się łatwo przeliczyć na pieniądze.
Rozmowy z innymi autorami, ilustratorami, rękodzielnikami, wydawcami, ludźmi od druku, osobami prowadzącymi księgarnie, organizatorami wydarzeń czy po prostu pasjonatami książek potrafią dać więcej niż jedna dobra sprzedażowa sobota. Bo z takich rozmów rodzą się pomysły. Współprace. Polecenia. Zaproszenia. Przyjaźnie. Czasem zwykła wymiana kilku zdań przy stoisku okazuje się początkiem kontaktu, który po czasie prowadzi do czegoś naprawdę wartościowego.
A nawet jeśli nie prowadzi do „biznesu”, to potrafi dać coś równie ważnego: poczucie, że nie jest się samemu.
Pisanie bywa samotne. Self-publishing bywa jeszcze bardziej samotny. Jesteś autorem, wydawcą, marketingowcem, sprzedawcą, logistykiem, grafikiem od prostych rzeczy, osobą od pakowania paczek i działem obsługi klienta w jednym. Czasem siedzisz z tym wszystkim sam i zastanawiasz się, czy to, co robisz, ma sens.
A potem jedziesz na targi i spotykasz ludzi, którzy przechodzą przez podobne rzeczy. Też drukują, pakują, poprawiają opisy, walczą z algorytmami, uczą się social mediów, stresują się premierami i zastanawiają, czy dobrze ustawili cenę książki. Nagle okazuje się, że te twoje problemy nie są wyłącznie twoje. Że inni też mają pudełka z książkami w domu. Że inni też czasem wracają z wydarzenia z wynikiem gorszym, niż zakładali. Że inni też mimo wszystko jadą dalej.
I to jest bardzo budujące.
Są targi, po których portfel nie klaszcze z radości, ale serce już tak.
Bo wydarzyła się dobra rozmowa. Bo ktoś powiedział, że okładka przyciągnęła jego uwagę. Bo dziecko uśmiechnęło się na widok książki. Bo inny autor podzielił się radą, której sam szukałeś od miesięcy. Bo poznałeś osobę, z którą od razu nadajesz na tych samych falach. Bo ktoś, kto nic nie kupił, wrócił później na Instagramie i napisał wiadomość. Bo okazało się, że twoja książka, twój świat i twoje historie naprawdę kogoś zainteresowały.
Tego nie widać w Excelu.
Ale to nie znaczy, że nie ma wartości.
Oczywiście, nie chodzi o to, żeby romantyzować straty i udawać, że finanse nie mają znaczenia. Mają. Każdy autor, zwłaszcza niezależny, musi liczyć koszty, planować działania i zastanawiać się, które wydarzenia mają sens. Nie każde targi będą dobre. Nie każde miejsce będzie pasowało do twojej książki. Nie każda impreza przyciągnie twojego czytelnika. Czasem trzeba powiedzieć sobie uczciwie: „Tego wydarzenia drugi raz nie wybiorę”.
Ale jednocześnie warto pamiętać, że zwrot z targów nie zawsze przychodzi tego samego dnia.
Czasem wraca po czasie.
W postaci kontaktu. Zaproszenia. Nowej znajomości. Wspólnego projektu. Polecenia dalej. Czytelnika, który po kilku miesiącach wraca i mówi: „Widziałem pana na targach, zapamiętałem książkę i w końcu kupiłem”. Albo w postaci zwykłej, ludzkiej energii, która sprawia, że po chwilowym zniechęceniu znowu chce się pisać, działać i pokazywać swoje historie światu.
Dla mnie targi książki są właśnie tym dziwnym połączeniem zmęczenia, stresu, kosztów, nadziei, rozczarowań i pięknych spotkań. Czasem wychodzę z nich finansowo na plus. Czasem nie. Czasem wracam z poczuciem, że mogło być lepiej. Ale bardzo często wracam też z czymś, czego nie da się zapakować do pudełka z niesprzedanymi egzemplarzami.
Z nowymi ludźmi.
Z rozmowami.
Z inspiracją.
Z przyjaźniami.
Z poczuciem, że moja książkowa droga, nawet jeśli czasem trudna i mało opłacalna na papierze, prowadzi mnie do miejsc i osób, których inaczej nigdy bym nie spotkał.
A to też jest zwrot z inwestycji.
Może nie taki, który widać od razu na koncie.
Ale czasem znacznie ważniejszy.
Bo pieniądze są potrzebne. Sprzedaż jest ważna. Autor musi jeść, drukarnia musi dostać przelew, a marzenia niestety nie zawsze mieszczą się w darmowej dostawie.
Ale na końcu tej drogi nie chodzi wyłącznie o kasę.
Chodzi też o ludzi, którzy zatrzymują się przy twoim stoisku. O tych, którzy z tobą rozmawiają. O tych, którzy zostają na dłużej. O znajomości, które z czasem stają się czymś więcej niż tylko krótką wymianą zdań między regałem a stolikiem z książkami.
I może właśnie dlatego, mimo że nie każde targi książki zwracają się finansowo, wiele z nich i tak jest warte przeżycia.
Bo nie zawsze najważniejsze jest to, ile zarobisz.
Czasem ważniejsze jest to, kogo spotkasz po drodze.
Dodaj komentarz
Komentarze