Skąd biorę inspirację?
Gdy ktoś zadaje mi to pytanie, mam ochotę odpowiedzieć najprościej, jak tylko się da: zewsząd. I nie jest to ani kokieteria, ani próba zbudowania wokół siebie aury tajemnicy, lecz zwykłe stwierdzenie faktu, który z czasem staje się dla pisarza czymś absolutnie naturalnym, niemal odruchowym, jak oddychanie czy obserwowanie świata kątem oka.
Inspiracja nie przychodzi wyłącznie w momentach wielkich uniesień ani nie spływa na autora niczym objawienie z innego wymiaru, ponieważ znacznie częściej ukrywa się w rzeczach drobnych, cichych i pozornie nieistotnych, które większość ludzi mija bez zastanowienia, podczas gdy dla kogoś, kto tworzy, potrafią stać się początkiem całej historii, zalążkiem świata, a czasem nawet fundamentem powieści.
Zdarza się, że idę przez park, nie szukając absolutnie niczego, skupiony raczej na własnych myślach niż na otoczeniu, i nagle zauważam zwykły patyk leżący na ścieżce; dla większości przechodniów to po prostu kawałek drewna, coś, co można kopnąć lub ominąć, jednak dla mnie w jednej chwili staje się czymś więcej — reliktem dawno zapomnianej cywilizacji, różdżką porzuconą przez maga, fragmentem broni, która kiedyś należała do bohatera, o którym nikt już nie pamięta, albo nawet symbolem upadku świata, który sam próbuję opisać.
I właśnie w tym tkwi sedno inspiracji, ponieważ nie chodzi o to, co widzimy, lecz o to, co jesteśmy w stanie sobie dopowiedzieć, jak daleko potrafimy pociągnąć jedną, pozornie błahą myśl i jak bardzo pozwalamy wyobraźni przejąć kontrolę nad rzeczywistością, która dla innych pozostaje niezmienna i przewidywalna.
Czerpię inspirację z rozmów, które przypadkiem podsłyszę w kawiarni, z fragmentów zdań wyrwanych z kontekstu, które nagle zaczynają żyć własnym życiem w mojej głowie, z emocji ludzi mijanych na ulicy, z ich spojrzeń, gestów i sposobu poruszania się, ponieważ każdy z tych elementów niesie w sobie historię, nawet jeśli nigdy nie zostanie ona wypowiedziana na głos.
Czerpię inspirację z książek, które czytam, nie po to, aby kopiować cudze pomysły, lecz aby zobaczyć, jak inni budują swoje światy, jak prowadzą bohaterów i jak rozwiązują problemy narracyjne, które wcześniej wydawały mi się nie do pokonania, a także z filmów, muzyki i obrazów, które potrafią wywołać we mnie konkretny nastrój, stanowiący często punkt wyjścia do stworzenia czegoś zupełnie nowego.
Nie bez znaczenia jest również codzienność, która wbrew pozorom bywa najbardziej inspirująca, ponieważ to właśnie w niej kryje się największa autentyczność, a emocje, które przeżywamy na co dzień, są tymi, które czytelnik rozpoznaje najszybciej i najgłębiej, niezależnie od tego, czy opowiadamy historię osadzoną w realnym świecie, czy w fantastycznej rzeczywistości pełnej magii i potworów.
Czasami inspiracją staje się zmęczenie, frustracja albo brak weny, który paradoksalnie potrafi otworzyć nowe drzwi, zmuszając do szukania innych ścieżek i rozwiązań, a czasami jest to po prostu jedno zdanie, jedna myśl, jedno skojarzenie, które pojawia się nagle i domaga się rozwinięcia, jakby samo chciało zostać opowiedziane.
Dlatego właśnie mówię, że inspiracja jest wszędzie, ponieważ nie trzeba jej szukać w egzotycznych miejscach ani czekać na idealny moment, gdy wszystko ułoży się w jedną spójną całość, lecz wystarczy zatrzymać się na chwilę, spojrzeć uważniej na świat i pozwolić sobie na zadanie jednego, prostego pytania: „a co by było, gdyby…?”
I być może wtedy zwykły patyk znaleziony w parku przestanie być tylko patykiem, a stanie się początkiem historii, której jeszcze nikt nie opowiedział.
Dodaj komentarz
Komentarze